Krakowianie zdecydowali – w przeprowadzonym w minioną niedzielę referendum do urn poszło blisko 30% uprawnionych mieszkańców miasta (176 228 głosów). Zdecydowana większość z nich (171 tys. 581) głosowała za usunięciem Aleksandra Miszalskiego z fotela prezydenta Krakowa. W przypadku głosowania nad skróceniem kadencji Rady Miasta swój głos oddało za mało osób, by wyniki referendum w tej kwestii były wiążące.
To pokazuje, jak decydujące znaczenie w przypadku lokalnego referendum ma mobilizacja mieszkańców. To nie jest plebiscyt, w którym oddajemy głos na jednego spośród kilku kandydatów. W referendum bronimy lub atakujemy włodarza bądź całą Radę danego samorządu, licząc, że jakakolwiek zmiana będzie lepsza od obecnej sytuacji.
W Krakowie niezadowolenie mieszkańców wynikało m.in. z rosnącego zadłużenia miasta, podwyżek cen biletów komunikacji miejskiej czy niejasnych powiązań osób zatrudnianych w miejskich spółkach. Czarę goryczy przelała decyzja o wprowadzeniu w mieście strefy czystego transportu, która dla wielu osób wiązała się ze sporymi utrudnieniami komunikacyjnymi.
W stolicy Małopolski ruszy teraz przedwyborcza karuzela – w ciągu najbliższych dni będziemy poznawać kolejnych kandydatów na urząd prezydenta, oczywiście ci z największymi szansami będą wspierani przez ogólnopolskie partie polityczne. Politycy uwielbiają tego typu pojedynki, przekładając bezpośrednio wyniki lokalnych wyborów na ogólnopolski układ politycznych sił. W przypadku największych miast między bajki można włożyć zapewnienia o apolityczności samorządów.
Co innego w mniejszych miastach – grupy opozycyjne wobec urzędujących włodarzy niekoniecznie mogą liczyć na wsparcie ze strony wielkiej polityki. W regionie tego typu inicjatyw nie było zbyt wiele – najgłośniejszą wydaje się próba usunięcia z fotela prezydenta Wodzisławia Śląskiego Mieczysława Kiecy w roku 2013, zakończona niepowodzeniem. O referendum wielokrotnie mówili również m.in. radni Rybnika czy Jastrzębia-Zdroju, jednak na zapowiedziach do tej pory się kończyło. Chwila prawdy czeka władze Pszowa – referendum w sprawie odwołania burmistrza i rady zaplanowano w tym mieście na czerwiec.
A co z Raciborzem? Mieszkańcy pamiętają z pewnością próby odwołania prezydenta Mirosława Lenka z 2016 roku – wówczas przymiarki do referendum zakończyły się na etapie składania oficjalnego wniosku do Komisarza Wyborczego – ten odrzucił wniosek, odnajdując nieprawidłowości wobec części złożonych pod nim podpisów. Jak do tej pory była to najpoważniejsza przymiarka do lokalnego referendum w Raciborzu.
W kolejnych latach ten ostateczny „sprawdzian” był jedynie niesprecyzowaną formą zastraszania urzędujących akurat władz miasta. Opozycja kilka razy mówiła głośno o pomyśle referendum w sprawie odwołania prezydenta Dariusza Polowego, jednak na zapowiedziach się kończyło.
Obecny prezydent Jacek Wojciechowicz również słyszał już zapowiedzi referendum w sprawie swojego odwołania, i to wygłoszone publicznie, nie przez radnych, ale przez środowiska związane z miejską oświatą. Zapowiedź reorganizacji miejskiej sieci szkół do tego stopnia rozgrzała atmosferę wśród nauczycieli i mieszkańców, że pojawiły się zapowiedzi referendum. Jak na razie tylko zapowiedzi.
Bo też trzeba sobie powiedzieć uczcicie – doprowadzenie do referendum nie jest łatwym zadaniem. Najpierw inicjatorzy muszą zebrać pod takim wnioskiem podpisy 10% osób uprawnionych do głosowania w danym mieście. Jeśli spełnione będą wszystkie warunki formalne, ogłaszany jest termin referendum. By jego wyniki były wiążące, udział w samym głosowaniu musi wziąć 3/5 osób, które na danego wójta, burmistrza czy prezydenta oddały swój głos w wyborach samorządowych (obecnie w Raciborzu byłoby to 9,5 tysiąca osób). Dopiero wówczas można zacząć liczyć, ile głosów oddano „za’, a ile „przeciw” postawionemu w referendum pytaniu.
By zmobilizować tak dużą grupę mieszkańców do wyrażenia swojego sprzeciwu wobec urzędujących władz miasta, konieczny byłby lider – ktoś, kto zdoła przekonać mieszkańców do przeprowadzenia zmian. Mowa tu o osobie, która nie tylko ma za sobą konkretne zaplecze, niekoniecznie polityczne, ale i jest w stanie przekonać tych niezdecydowanych.
Niezbędnym wydaje się również odpowiednia skala niezadowolenia – trudno oczekiwać zmian w fotelu prezydenta miasta, gdy poszkodowani polityką obecnych władz są na przykład jedynie studenci czy osoby z niepełnosprawnościami. Powód do przeprowadzenia referendum powinien być zatem na tyle istotny, by zechciała się na jego temat wypowiedzieć konkretna grupa mieszkańców.
Czy zatem przykład Krakowa może mieć wpływ na przyszłość polityczną w Raciborzu? Szanse na to są raczej niewielkie – przy braku odpowiedniej osoby będącej „twarzą” ewentualnego referendum (znalezienie wystarczająco silnego i nieskompromitowanego kandydata wśród obecnej opozycji Jacka Wojciechowicza wydaje się na razie niemożliwe) każda próba skazana będzie na niepowodzenie. Chyba, że włodarze Raciborza wprowadzą w życie przepisy, które ewidentnie rozwścieczą większość mieszkańców miasta – wówczas, jak mawia klasyk, wszystko jest możliwe.




