Drodzy raciborzanie,
Tak zaczyna się filmik zrodzony chyba z poczucia rosnącej frustracji, beznadziei i przytłoczenia chyba własnymi bredniami autorstwa naszego dzielnego wiceprezydenta. Świadectwem tej żałości jest chyba nawet liczba wyświetleń tego wiekopomnego apelu, która zatrzymała się w granicach 36. Każdy jest znudzony tą przedziwną mieszaniną obietnic rodem z kreskówek Disneya, taniego PR-u i błędów ortograficznych, których nie udało się uniknąć w napisach do raptem półtora minutowego klipu. Tak panie niegdysiejszy redaktorze, nazwy ulic piszemy wielką literą, a więc Wileńską.
W drugim filmiku nawet słowo „Racibórz” nie zasłużyło na wielką literę. Cóż, w tym przypadku trzeba jednak pisać samemu, a nie liczyć na inspirację w postaci cudzych tekstów. To ostatnie jak wieść gminna niesie, ponoć bardzo dobrze wychodzi naszemu Wickowi. Spójrzmy jednak na zawartość tejże epokowej odezwy. Otóż główny zarzut wobec poprzedniej ekipy zasadza się na tym, że na rynku pojawił się „klocek”, a miasto utonęło w betonowej rzece. Spójrzmy na odrobinę faktów. Na oficjalnej stronie arboretum możemy przeczytać: „22 czerwca 2012 roku Prezydent Miasta Racibórz dokonał uroczystego otwarcia najnowszej i największej kolekcji roślinnej na terenie Arboretum, czyli Zaczarowanego Ogrodu”. Ten prezydent nazywał się Mirosław Lenk.
Arboretum powstało zresztą w roku 2000 dzięki staraniom Andrzeja Markowiaka, który bynajmniej nie należy do admiratorów „Wielkiego Raciborza”. Zasługi Wacławczyka dla tegoż arboretum mogą się sprowadzać chyba do tego, że sprowadził tam jakieś gigantyczne karaluchy. Prawdą jest, że za kadencji Polowego posadzono w Arboretum tysiąc drzew. Zrobiły to szkoły. W przeciwieństwie do Wacławczyka, niektórzy potrafią przyznać, że cokolwiek komuś się udało (chociaż bynajmniej jak na sześć lat kadencji to nie jest olśniewający rekord świata).
Czy Wacławczyk potrafi przyznać głośno, że akcja 800 drzew na 800 lecie, w przeciwieństwie do tego, co twierdził, wypaliła, bo ponad 1100 raciborzan zgłosiło się po sadzonkę drzew, którą mogli posadzić np. w swoim ogrodzie?
Czy Wacławczyk potrafi powiedzieć głośno, że największa inwestycja w mieście dokonana za unijne pieniądze, to modernizacja oczyszczalni ścieków, rozbudowa sieci kanalizacyjnej na dzielnice i budowa nowych ujęć wody na Strzybniku za ponad 120 milionów zł?
Czy wiceprezydent potrafi powiedzieć, że zarówno projekt, jak i finansowanie ogródka jordanowskiego były zasługą administracji prezydenta Lenka?
Czy zastępca pana Portowego jest w stanie przyznać, że TBS-y na Łąkowej powstały dzięki projektom, które powstały za czasów poprzedniego włodarza?
Czy „młotek na beton” może potwierdzić, że zarówno lwia część finansowania oraz projekt obwodnicy od Rudnika to przede wszystkim robota Mirosława Lenka i Wojciecha Krzyżka (oraz oczywiście urzędników na Batorego, o których wiecznie się zapomina)?
Czy człowiek, którego dokonania sprowadzają się właściwie do anihilacji (po naszemu rozpier…lenia) własnego zaplecza politycznego, może przyznać, że zasługi poprzednich ekip: Markowiaka, Kuligi, Osuchowskiego i Lenka to gigantyczny krok na przód, zwłaszcza po powodzi w 97 r., która tak bardzo dotknęła miasto…
Wreszcie creme de la creme, zgadnijcie jak nazywał się naczelnik edukacji, do którego Wacławczyk przyszedł po kasę na pierwsze „Wiatraki”. Ano właśnie, nie ma jak wyhodować żmiję na własnym łonie. Ten naczelnik nazywał się Mirosław Lenk.
podpisano
Tony Soprano


